25. Wielki huk!

Niosło go hen po tafli Prosny.
Od grabowskiej tamy aż do pięknego zakątka za Dębiczem.
Panowie wędkujący w wiosenny poranek potwierdzą.
Pod powierzchnią wody było cicho, cieniście.
Słyszałam swoje wnętrze. Pękające serce i donośny wewnętrzny głos:
– W górę!
Nie chciałam.
Chciałam się zapaść lub zamienić.
I pewna byłam, że mam prawo wyboru.
Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę!
Mnie w pakiecie panoramiczne spojrzenie i cięty język.
Targowałam się z Nim wypuszczając resztki tlenu.
– Nie bój się, robaczku, nieboraku… – powiedział.
I wiedział.
Tylko czas jak nasza rzeka upłynąć musiał.
Najprostsze myśli najlepiej ratują, gdy rozum stawia się kantem.
Dziś wiem, że to bezradność się nazywa.
I możemy się w niej ugotować jak włoszczyzna w rosole.
Mdła, wyjałowiona stać się może nasza egzystencja.

Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam wszystko od nowa.
Usiadła obok mnie wspaniała kobieta, reumatolog.
Cicho, cierpliwie tłumaczyła.
Ocierała mi łzy i mówiła, że nie mogę się zamienić.
Mogę a nawet muszę dać o wiele więcej.
Dać siłę.
A siła doskonali się w codziennym, żmudnym zmaganiu z własnymi słabościami.
– Nie pozwól, by choroba zdominowała twoje myśli, bo zniszczy wasze życie.
Pokaż mu, ile jest ważnych, ważniejszych spraw w waszym życiu oprócz choroby. Musisz skupić się na życiu. Na drobiazgach codzienności – mówiła stanowczo.
Miałam wtedy jedyną, niepowtarzalną okazję wyzłościć się przed nią, wypłakać i wyżalić. Słuchałam jej równie uważnie jak ona mnie.
I małymi kroczkami zaczęliśmy podróż w nieznane.
Choroba robiła swoje, a my swoje.
Równym krokiem.
Kiedyś złościł się, że nie może trenować.
Prosił, bym ubłagała panią doktor, żeby anulowała zwolnienie lekarskie.
A ona powiedziała czule:
– Dominiczku, bądź cierpliwy. Na pewno jeszcze pokażesz, na co Cię stać. Teraz musimy przeczekać najgorsze.
A do mnie:
– Mamusia zaufaj intuicji. Nie trzęś się nad nim zbytnio. Wszystko w granicach rozsądku. Boli – robicie przerwę i ćwiczycie według zaleceń. Ból mija, niech sobie pokopie piłkę pod domem. Niech pojeździ na rowerze. Bez szaleństw. 10 minut dziennie nie zaszkodzi.
Jak to irytowało.
Jeszcze kilka miesięcy temu grał dzielnie mecze z dorosłymi zawodnikami w Kraszewicach, na Dębiczu…
10 minut.
Największa nasza życiowa lekcja pokory.
Skłonić się przed nieznanym, przed niewiadomą.
Odczekać.
I nie zgubić nadziei.
Warto.

24. Zapadlisko

To, co w nim zobaczyłam, budzi grozę.
Mieści niezliczoną ilość strachu, bólu,rozpaczy.
Wszystko tonie we łzach matek.
Nawet tych nigdy nie wypłakanych.
Łzach duszy.
Stałam na krawędzi i czekałam.
To nie mogła być moja droga, bo obraz był zbyt wyraźny.
Cierpienie źgało w oczy, rozdzierało serce.
Czekałam.
Mój czas nabierał rozpędu po czym hamował gwałtownie.
Przeżywałam sto myśli w jeden dzień, a kolejna myśl wlokła się tygodniami.
Aż wreszcie stało się.
Pojechaliśmy.
Musieliśmy schylić głowę, by wejść do cienistego pokoiku w cudownej, wiejskiej chatce.
Skupiona i skromna.
Do dziś kłaniam się jej nisko każdą myślą.
Obejrzała go dokładnie od stóp do głów.
– Piękny chłopak. Sylwetka doskonała. Silny,  wysportowany.  Wygląda jak okaz zdrowia.
Słowo WYGLĄDA będzie dla nas od tej chwili słowem kluczowym.
Często się z nim zmagam.
Posłuchała jego serca.  I jeszcze raz. Zmrużyła oczy.
Zadała mnóstwo pytań.
Dokładnie przeczytała teczkę z dokumentacją medyczną.
Czas legł bykiem i ani rusz.
O nie miałam.
A ona zaczęła pisać.
– Nie mogę nic powiedzieć, dopóki nie zrobię szczegółowych badań.
Pstryk w jedno ucho.
– Jutro rano jesteście w klinice alergologii we Wrocławiu o ósmej.
Pstryk w drugie.
Nagle czuję, że ktoś kładzie mi dłoń na ramieniu i mówi cichutko:
– Tędy proszę.
Wychodzę i tyle wiem, że niewiedza jest błoga.
A wiedza boska.
Zapadlisko znika w oddali.

23. Znachorka

Odkąd urodziła się moja najstarsza córka, zdrowa jak ryba, słyszałam, że mamy, które nie miały tyle szczęścia, co ja jeździły na tzw. Pólka.
Stała tam mała chatka.
W chatce JAKAŚ pani z Wrocławia, której nazwisko niewielu potrafiło powtórzyć, dokonywała cudów uzdrowienia.
Dzieci, którym najlepsi lekarze z naszych okolic nijak nie mogli pomóc, po kuracji u niej odzyskiwały siły.
Nigdy nie myślałam o niej poważnie.
Przetestowałam na sobie szalonego Tombaka, zacną Korżawską, uczoną św. Hildegardę.
Wierzyłam w delikatną moc ziół i metod naturalnych.
Cierpliwie zgłębiałam wiedzę, poznałam moc niepozornych chwastów jak pokrzywa czy macierzanka.
Kropla po kropli zbierałam sok z młodej brzozy.
Nabyłam dziwny olej lniany.
Wszystko, co pojawiło się w naszym domu, czy to część księgozbioru, czy słoik z propolisem, wynikało z mojego głębokiego przekonania, że jest potrzebne.
Oczyściłam dom. Wyrzuciłam wszystkie trucizny.
Zaczęłam od kuchni.
To było ciekawe odkrycie – większość artykułów spożywczych zawiera glutaminian sodu, mnóstwo E – składników, syrop glukozowo – fruktozowy i całą listę alergenów dla serca i rozumu.
Idąc po zakupy rezerwowałam dodatkowe trzydzieści minut na czytanie składu produktów.
Wtedy w naszych lokalnych marketach byłam ewenementem.
Dziś z życzliwym uśmiechem mijam świadome, czytające drobny druczek mamy. Panowie są w mniejszości, ale wszystko przed nimi.
Łazienka/pralnia to osobny temat.
Panie domu, które znam wolą sztuczne komponenty zapachowe mimo uciążliwej migreny, alergii skórnych i ogólnoustrojowych.
Nie zmienię świata, nie zmienię…
I to jest ten moment, w którym uczciwie przyznać się muszę, że dzięki powyższemu oraz dzięki cierpliwości w poszukiwaniach wyleczyłam sama siebie z dwuletniej, ciężkiej choroby, której nie mogli zdiagnozować lekarze.
Było ich mnóstwo.
Otwierali szeroko oczy i mówili, że nigdy się z czymś takim nie spotkali.
Z całym szacunkiem dla ich ogromnej wiedzy – odpowiedź była bardzo prosta.
A ja nie miałam czasu na chorowanie.
Ścigałam się z nim dla Dominika.
Zmiany, które wprowadziłam z myślą o swoim zdrowiu dotyczyły całego domu.
Odbiły się na całej rodzinie.
Oczywiście pozytywnie.
Goście może niezbyt są zadowoleni, bo moje dania są proste i nie mają smaku vegety.
Jednak zdrowie najważniejsze.

Wiedziałam tak wiele.
Wróciłam do sił.
Nie potrzebna nam była jakaś znachorka, która zedrze grube pieniądze i zapisze Dominikowi mieszankę ziół.

Aż pewnego dnia…
Z dalekiej Irlandii na burzowej chmurze przyleciała moja szalona, elegancka kuzynka (niemal jak siostra, bo wnuczka kochanej babci Jadzi).
Zachwyca się moim odzyskanym zdrowiem, zajada szarlotkę i z troską dopytuje o Dominika.
Niczym proroctwo z jej ust pada nagle:
– A może powinniście zmienić klinikę?
Cierpliwie tłumaczę, że klinika to nie przychodnia rodzinna. Tam pracują najlepsi specjaliści i nie ma sensu zmieniać Poznania na Warszawę.
Wychodząc nadmienia jeszcze, że jedzie z córką na Pólka bo ciągle męczy ją kaszel.
Zamarzyłam cicho, żeby Dominika też męczył tylko kaszel.
Byłam wyczerpana.
Miałam dość poszukiwania jednostki chorobowej po omacku.
W moich myślach zaczęła zapadać noc.

22. Ring

Biłam się z myślami.
Silniejsze były.
Na takim ringu nikt nie ma szans.
A  żyć trzeba.
I to nie byle jak.
Najlepiej jak się da.
Odwrócił się sędzia na sekundę, a ja nogi za pas i w las!
A w lesie…
Ach…wszyscy niby wiedzą, ale przypomnę:
drzewa aż do nieba, powietrze, które odrywa nas od ziemi, ciepłe pocałunki słońca, zieleń przecudna, przy której oczy odpoczywają i najpiękniejsze murmurando Natury.
Pokochaliśmy las.
Stał się naszym relaksem, azylem, śmiechem głośnym aż echo niosło, przygodą i zmęczeniem, które dawało siłę.
To była dobra droga.
Kompas w moim sercu działał bez zarzutu.

21. Jak trwoga to do Boga

Nosił mnie zawsze Pan Jezus na swoich ramionach, gdy było mi w życiu szczególnie ciężko.
I widziałam Jego ślady na piasku.*
Najczęściej jednak mówił, że koniec wygodnictwa i muszę przynajmniej spróbować. Tak oto nauczyłam się wytrwale szukać wyjścia metodą prób i błędów.
Trudno było wytłumaczyć racjonalnie to, co działo się wokół nas.
Podjął się tego nasz  lekarz rodzinny.
Zasłużył się on ratując życie i zdrowie trzech pokoleń mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi.
Ma również wygodne, przytulne miejsce w dziedzinie literatury za sprawą swego sąsiada, sławnego prozaika.
Postawił taką oto diagnozę: młodzi, zapracowani, przemęczeni, rodzina na utrzymaniu, z pracą krucho…
ZABIJA ICH STRES!
Jakkolwiek to brzmiało, miało sens.
Przeanalizowałam wszystkie tragedie i musiałam przyznać mu rację z ulgą.
A jednak tuż obok zaczęła sunąć wersja wręcz makabryczna.
Szeptano o niej w półzdaniach.
Zawieszano głos.
Głęboki wdech.
Trzy kropki.
Cisza.
Zakopałam ją głęboko w pamięci.
Z trzech kropek naprawdę mogę stworzyć wszystko.
Po wielu latach ujęłam ją w ramki fikcji literackiej a i tak mroziła krew w moich anemicznych żyłach.
Wrócę do niej w swoim czasie.
Na potrzeby tegoż bloga wystarczy jedno słowo:
Klątwa.
Miała usprawiedliwiać wszystkie tragedie.
Rzucona dawno temu na nasze ziemie przez byłego właściciela podczas dramatycznego zatargu o majątek.
Tak, mówię całkiem poważnie.
Uwierzyliśmy!
Serce podpowiedziało nam, że trzeba za to przeprosić, pobłogosławić mieszkańców, domy, posesje, prosić o dar życia.|
Tak oto na naszym osiedlu mieszkańcy zbudowali kapliczkę.
I miało być już dobrze.

Wystarczy.

Ja idę dalej, ale w tę drogę nikogo zabrać nie mogę.
Z góry widać lepiej każdą ścieżkę, a ja znowu na ramionach.

* „Ślady na piasku”, anonim.
Polecam serdecznie tym, którzy nie znają.

12. Prapoczątek

Pytają mnie zatroskane mamy obserwujące uważnie na co dzień swoje pociechy:
– Jak nie przeoczyć pierwszych objawów poważnej choroby?
Oj, potrafi się sprytnie kamuflować i atakować na obrzeżach pola bitwy.
Czasem to może być drobiazg. Umknie w codziennej bieganinie i nie należy się obwiniać.
Przyjdzie dzień, w którym choroba ujawni się w całej okazałości. Będziemy mieli mnóstwo czasu, by się na objawy napatrzeć, a wtedy już wiedza pozwoli nam wychwycić momentalnie to, co istotne.

Poszedł młody do szkoły.
Wrócił w drugiej klasie z rozciętym łukiem brwiowym po uderzeniu w ścianę.
W trzeciej z pękniętą jedynką po zderzeniu z podłogą.
Mieli w klasie takiego wyrośniętego kolegę, który trenował na słabszych prymitywne sporty walki.
I mogłabym mieć żal do tej szkoły, w której ilość uszczerbków na zdrowiu młodego, przewyższył pozostałe kontuzje wszystkich moich dzieci w ciągu całego ich życia, ale zaprawdę powiadam Wam – nie mam!

Pracuje tam higienistka, która opatruje dzieciom rany od czasów mojego dzieciństwa.
Kobieta ciepła i troskliwa, z doświadczeniem. Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu.
Zadzwoniła do mnie z informacją, że podczas rutynowego badania wzroku okazało się, że Dominik gorzej widzi na lewe oko. Kazała niezwłocznie udać się do okulisty.
W jej głosie wyczułam ponaglenie, dała mi do zrozumienia, że sprawa jest pilna. A jednocześnie dodała otuchy tak, że nie wpadłam w panikę i w poślizg pędząc po skierowanie do rodzinnego. Tydzień później byliśmy na pierwszej wizycie okulistycznej. Dwa tygodnie później w Klinice Okulistyki Dziecięcej w Poznaniu.
Odtąd okuliści stali się naszym pierwszym kuzynostwem i składaliśmy im częstsze wizyty niż najbliższym krewnym.

Dziękuję, Pani Tereso!
Za spostrzegawczość, za opiekę i za kropelki do oka, gdy jeszcze chodził do szkoły.

10. Szczęście od Boga

…moja babcia Jadwiga miała takie powiedzenie, gdy cudem ominęło ją jakieś nieszczęście.
Użyję jej słów: Szczęście od Boga, że średnia i najmłodsza nie jechały wtedy z nami.
Wyjątkowo zostały pod opieką cioci, ale o tym za chwilę w poście o siostrach.
Nie udało mi się wychwycić, co mówiła babcia Jadwiga, gdy nieszczęście jednak jej nie ominęło, ale na pewno nie używała brzydkich słów. Przyjmowała wszystko z pokorą i nawet w największych kłopotach starała się zachować pogodę ducha. Nigdy się nie poddała. Wytyczyła mi drogę, która nie jest promenadą gwiazd. Podążała bardziej jak Bargiel, aż odeszła uśmiechnięta, otoczona niezliczoną gromadą wnuków i prawnuków.

Kiedy próbuję wytłumaczyć mojemu kochanemu synowi, że jego choroba to potężne wyzwanie, któremu sprostamy razem jako rodzina i nigdy nie zostanie z tym sam, zawsze gdzieś w tle pojawiają się osoby takie jak Andrzej Bargiel, Rafał Wilk i kochana babcia Jadzia.

9. Aż tu nagle wielki dym!

Aż tu nagle wielki dym zasłonił mi przednią szybę.
Nie było czasu na szukanie gaśnicy.
Wyłączyłam zapłon, szarpnęłam młodego, krzyknęłam, żeby uciekał,
chwyciłam teczkę z dokumentacją medyczną i wyskoczyłam z samochodu w sam środek dwupasmówki.
Jeszcze wszyscy stali na czerwonym.
Krzyknęłam do kierowców za mną:
– Auto mi się zapaliło!Rany Boskie! Co ja mam zrobić?
Pamiętam, że pani za mną wysiadła szybko i pobiegła krzycząc do kolejnych pojazdów. Obie byłyśmy blade i przerażone. Jakiś mężczyzna krzyczał na całe gardło: „Gaśnice!” .
Ja przez załzawione oczy w wyobraźni widziałam wielki wybuch i dziesiątki poparzonych rannych uwięzionych pod zakorkowanym wiaduktem.
Z mojej winy.
Znalazłam wzrokiem młodego. Stał boso na wąskim chodniku w samej bluzie, owiany wieczornym chłodem późnej jesieni i naprawdę wolę nawet nie domyślać się, co on wtedy myślał.
I nagle niczym głos z nieba odezwał się tuż obok mnie męski, opanowany i stanowczy głos rozsądku:
– Proszę pani, niech pani szybko otworzy maskę!
– Nie wiem jak – przyznałam zaskoczona.
Znalazł dźwignię, pobiegł do przodu, otworzył maskę, po chwili ją zamknął, wpakował mnie za kierownicę i szybciutko zepchnął auto przed wiadukt. W ostatniej chwili. Zablokowane przeze mnie samochody ruszyły pędem na kolejnym już zielonym świetle.
Jego słowa zagłuszyła syrena ze zbliżającego się wozu strażackiego, wychwyciłam tylko tyle, że to nie ogień, to woda…
Z małej chmury duży deszcz. A duży dym z chłodnicy. Rozpłynął się w powietrzu.
Nie zdążyłam mu podziękować.

Muszę przyznać, że nigdy w życiu nie byłam tak przerażona i bezradna.
Dziś żartujemy sobie z tego wydarzenia.
Wszystko dobrze się skończyło.
Jestem pewna, że wszystko, nawet to, co najbardziej nas  przeraża, też skończy się dobrze.

9. Aż tu nagle…

Wracaliśmy z Poznania po ciężkim dniu w Szpitalu Wojskowym.
Głodni, wyczerpani, przygnębieni. Kolejne badania nie wniosły nic nowego.
A pobudka była o piątej, owsianka, kawa biegana i w drogę.
Mama, wiadomo – kierowca na wiejskie drogi.
Już się cieszyliśmy bo prawie dom było widać i jakoś tak humory nam się poprawiły, gdy zjechaliśmy z jedenastki do Ostrowa Wlkp.
A tu niestety korek jak nigdy. Młody postanowił się zdrzemnąć.
Zdjął buty, kurtkę położył pod głowę, rozłożył nieco siedzenie i śpi.
Ja też przysypiam, bo jedziemy 20km/h.
Pamiętam, żeby co jakiś czas wyłączyć silnik.
Dojeżdżamy do wiaduktu na Krotoszyńskiej.
Stajemy w korku w tymże wiadukcie, co zawsze jest dla mnie makabrycznym przeżyciem.
Zmierzchało.
Pomyślałam pocieszając się w myślach, że jak przejedziemy to później już z gór-, z gór-

8. Mój stary grat

Mieliśmy dwudziestoletni wóz o dużej wartości sentymentalnej.
Dobry na krótkie dystanse, na jedenastkę – niekoniecznie.
Bywało, że jechałam za tirem od Kalisza do Jarocina. Wiem – zdolna jestem.
Przegrzewał się w korkach. Panowie powinni wiedzieć, o co chodzi.
Ja miałam inne sprawy na głowie. Zakodowałam tylko tyle, że jak się przegrzeje, mam go wyłączyć na jakiś czas, aż temperatura spadnie. Wtedy po raz pierwszy nauczyliśmy się czytać z ruchu warg. Nie było to zbyt trudne, bo polscy kierowcy mają ubogie słownictwo. Możliwe, że też bym pukała się w czoło jak orangutan, gdyby ktoś zaparkował na środku prawego pasa, w kilkukilometrowej kolumnie samochodów w obie strony.
Kazałam młodemu siedzącemu z przodu zachować kamienną twarz, żeby nie dobijać tych wulgarystów, ale wewnątrz chichot był nie do opanowania, aż nam uszy podskakiwały.
Tak oto nauczyliśmy się również śmiać w ekstremalnie trudnych sytuacjach.

7. Kliniki, kliniki

2009 rok.
Najpierw Poznań. Klinika Okulistyki Dziecięcej.
Cztery lata poszukiwań, skierowań, pobrań, rentgenów, rezonansów i tych wszystkich…
Mój syn dzielny, cierpliwy i na szczęście z widocznymi żyłami. Zachwycały się nimi wszystkie laborantki, bo szło gładko, tylko mama bledła na widok synowskiej krwi. Wyniki były w normie a dziecko traciło wzrok w lewym oku. Widział coraz gorzej, czasami prawie wcale. Ciągle o coś się potykał, coś mu upadało.
Lekarze wnikliwie badali to jego oko. Spędzaliśmy w klinice kilka godzin.
Średnia i najmłodsza często jeździły z nami. I bywały przepustką do skrócenia czasu oczekiwania w kolejce, bo darły się wniebogłosy aż echo niosło po klinicznym korytarzu. W gabinecie lekarze nie słyszeli własnych myśli.
W ciągu tych czterech lat zdążyłam urodzić dwie córki i niechcący nauczyłam je zawodzić na dwa głosy, choć moim zamiarem było nauczyć je śpiewać.
Oni badali, ale nic nie znaleźli. Nie mieli innych objawów.
Podratowali oko zabiegiem na ile się dało.
One wymęczone podróżą, marudziły i płakały.
On cierpliwie podnosił grzechotki, szedł z panią Anią, pielęgniarką na badania, wymyślał zabawy w poczekalni, kolejne badania, nosił na zmianę ze mną najmłodszą, kolejne badania.
Ja myślałam, że zwariuję!
170 km od domu z panicznym strachem przed wjazdem na S11.
Wielkie miasto, wielka klinika, ja i troje dzieci.
Obok mnie mama, tata, babcia z jednym pacjentem.
Aż miło popatrzeć.
Nie zwariowałam.
Nie było czasu.

6. Nasza drużyna

Mało nas było na początku.
Ja,
dzielny mężczyzna, który przetrwał przy mnie najtrudniejsze chwile,
najstarsza, silna i zawsze pomocna,
średnia rezolutna, ale nieśmiała,
najmłodsza śmieszka nieświadoma,
i nasz bohater z hla b 27.
Spora rodzinka.
Myśleliśmy, że mamy większą, ale większa czmychnęła sprytnie,
pochowała się po kątach a szkoda czasu, żeby tak pod łóżko włazić i nawoływać. |

5. Idziemy!

Trudno było tak nagle zostawić wszystko, zabrać niewiele i iść.
Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze oswoić się z myślą, że to nie jest niedzielny spacer. Choroba jest nieuleczalna. Droga prowadzi w nieskończoność.
Intuicja podpowiadała, że najgorsze, co możemy zrobić to usiąść i płakać.
Po co wybierać najgorsze?

Nie płakałam ani razu. Oczy szkliły się często.
Łzy zatrzymywały się na rzęsach.
Nie przymykałam powiek.
Spłynęłyby.

4. Kłębowisko myśli złych

Zmówili się ci lekarze czy co?
Wszyscy uparcie twierdzą, że choroba jest nieuleczalna.
Czy aby na pewno mamy 2014 rok?
A może to bzdury, co mówią w telewizji o postępach w medycynie?
W dodatku złośliwa.
I to tak jednocześnie w jednej osobie?
Nawet przez moment nie wątpiłam w diagnozę.
Była rzetelna, potwierdzona wieloma badaniami.
Taka kliniczno – wrocławska. Lekarze nie mieli wątpliwości.
Poza pewną diagnozą nie mieli jednak dla mnie nic pewnego.
– Nikt nie wie, jaka jest dokładnie przyczyna choroby. Nie ma lekarstwa.
– Na całym świecie?
– Niestety.
Pomyślałam naprędce, że to niemożliwe.
Jest choroba, musi być lekarstwo.
Gdzieś na świecie.
I ja je znajdę!

3. Na starcie

Nie miałam wiele.
Siłę nienawiści do tej maleńkiej cząsteczki, która jednak istniała.
I potężną miłość do mojego dziecka.
W błękitnych oczach lekarzy widziałam szum oceanu.
„Wypływacie na pełne morze. Nikt nie wie, co będzie jutro.
Kiedy zmiecie was sztorm…nikt nie wie”.
W brązowych widziałam bezkresny las.
„Musicie iść przed siebie. Nie wolno oglądać się wstecz”.
Tyle usłyszałam w ich spojrzeniach.
Nie było czasu na rozważania, doczytywania, wyszukiwarki.
Chwila wątpliwości mogła nas kosztować zbyt wiele.
Biegusiem na start!
Ustawiłam wszystkich równiutko.
Ja też – z tą moją marną kondycją.
Plus, że obejść mogę cały świat. Przebiec tylko sto metrów.
Na sto pierwszym zaczynam się dusić.

2. Mamusina nienawiść

Wszystkie słowa, które w miarę trafnie określiłyby to, co czuję są niecenzuralne.
Możliwe, że jest język, w którym znajdują się wulgaryzmy bardziej dosadne, niż nasze,
ale to wszystko za mało.
Nienawidzę tego genu i antygenu!
Niczego i nikogo w swoim krótkim życiu nie darzyłam nienawiścią.
Oprócz HLA-B27.
Nienawiść jest chaosem. Wciągającym bagnem.
Gdy pomyślałam, że może wciągnąć mnie, moje chore dziecko i całą naszą rodzinę wyrwałam jej to, co najważniejsze  i pobiegłam na START.

1. HLA B-27

Nie musicie wpisywać w wyszukiwarkę.blog-foto
Bez medycznych terminów i naukowych wywodów krótko Wam wyjaśnię.
HLA-B27 to biała koperta z pieczątką wrocławskiego szpitala.
Leżała zaklejona dwa dni.
Omijałam ją szerokim łukiem.
To minuta ciszy po marzeniach i planach zawodowych
mojego dziecka.
Minuta, która będzie wlokła się w nieskończoność.
To krótka rozmowa z naszą kochaną reumatolog T., która spokojnym tonem powiedziała: „Potwierdzili? Rozumiem mamuśka.
Widzimy się jutro na oddziale. I ZACZYNAMY. Będzie dobrze”.
Wreszcie HLA-B27 to jedyny moment w moim życiu,
gdy poczułam się, jakbym przestała istnieć.