37. Wynik

Wsiedliśmy do windy.
– Mamo…czy ja umieram? – wypowiedziała ledwo słyszalnym szeptem.
– Nie Skarbie. Nie umierasz. Ty idziesz do Nieba.
Oczy w odcieniu gasnącego błękitu ukryły się za zmęczonymi powiekami.
Miała dwanaście, może trzynaście lat. Tata trzymał ją na ręku jak niemowlę.
Była lekka jak piórko i przezroczysta. Potworny przeciwnik odebrał jej wszystko. Dobro i zło.
Bo może wolałaby cokolwiek, byle żyć.
Stałam tuż obok ze światem usuwającym się spod nóg.
Zawstydzona, że byłam świadkiem tej sceny tak osobistej.
Dzwonek windy przywołał mnie na parter Kliniki Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu.
Ścisnęłam w ręku wyniki badań mojego syna i westchnęłam w myślach:
– Boże.
Nie widziałam czy dziękować Mu czy prosić.
W takich chwilach po prostu nic się nie wie.
Usłyszałam w pamięci zdanie dawnego znajomego Rzemyka: ” Jeśli wydaje ci się, że twoje problemy cię przerastają, że nie masz siły żyć, pojedź na onkologię”.
Do tej pory wystarczyło, że sobie to wyobraziłam.
Ale od tamtej chwili widzę Cię dziewczynko o oczach, w których odbija się Niebo. Widzę Cię zawsze, kiedy wydaje mi się, że idę wciąż pod górę i brakuje mi sił.

Mateusz miał dwanaście lat.
Poznałam go dawno temu. Siedzieliśmy przy ognisku i śpiewaliśmy piosenki.
– A znasz Varius Manx? Zagraj mi to, ja zaśpiewam.
– Znam. Co chcesz zaśpiewać?
Zanucił niepewnie.
– Ach, to…
Piosenka, która budziła we mnie niezwykłe wspomnienia.
Docisnęłam struny i uderzyłam delikatnie G -dur.
– „Spróbuj choć raz odsłonić twarz i spojrzeć prosto w słońce.
Zachwycić się po prostu tak i wzruszyć jak najmocniej.
Nie bój się bać, gdy chcesz to płacz, idź szukać wiatru w polu.
Pocałuj noc w najwyższą z gwiazd, zapomnij się i tańcz.”
Kolejne wersy przerywały ataki kaszlu.
Mukowiscydoza zabierała mu oddech, niszczyła trzustkę.
Kradła życie.
Z uporem śpiewał do końca.
A ja schyliłam głowę i łykałam łzy.
Bo nie wypadało mi płakać mając przed sobą tak wielkiego Bohatera.
Kiedy odjeżdżał powiedział do mnie:
– Wiesz ja niedługo umrę. Ale to nic. Będę was pamiętał. Twoje dzieci mają super bo mogą z tobą śpiewać codziennie. A moi rodzice mnie zostawili jak się dowiedzieli, że jestem chory. Ale to nic. Machnął ręką.
Mały, dorosły człowiek.

Idąc przez życie nigdy się nie spieszyłam. Człowiek powinien przeżyć wszystko: radość i ból co rozrywa serce, tęsknotę i spotkanie, zdrowie i chorobę.
Szczęście i rozpacz.
Musi zwątpić, by odzyskać Nadzieję.

Zapukałam cicho. Usiadłam i czekałam. Lekarz poprawił okulary i skupił wzrok na kartce przeszytej czarnym drukiem.
– Dobrze. Jest dobrze. W przyszłym roku powtórzymy badania.

Bogu mówię DZIĘKUJĘ.
Każdego dnia. Mam za co.
I mówię z pokorą PROSZĘ. Mam o co.