30. Prawdzie w oczy.

Pani doktor dziarsko przystąpiła do działania.
Posłusznie odmierzałam dawki i odpędzałam natrętne podszepty o możliwych skutkach ubocznych.
– Będzie dobrze! – zapewniał mnie Marek.
Innej wersji przyjąć nie chciałam.
Tym razem musiało być dobrze.
Gdy coś szwankowało, telefon w dłoń.
Krew lała się z nosa przez kilka dni i nocy.
Minęło.
Infekcja ni z tego ni z owego.
Minęła.
O innych „drobiazgach” nie jestem upoważniona mówić.
Najważniejsze, że mijały.
Nie zauważyliśmy jakiejś szczególnej poprawy w schorzeniu głównym.
Stawy pobolewały każdego dnia.
Trzeba było dawkować wysiłek.
Za dużo źle, za mało jeszcze gorzej.
Czasem pokrzyczeć trzeba też, trzasnąć drzwiami.
Jeśli ktoś myśli, że można wytyczyć asertywnemu nastolatkowi jasne granice postępowania samemu ze sobą w nieuleczalnej chorobie i jeszcze do tego surowo je egzekwować, niestety, jest w błędzie.
Bo to on jest chory i to on wie najlepiej, jak się czuje.
Ja mogę jedynie subtelnie uczyć go, jak się do życia z tą chorobą przygotować.
Staram się, owszem.
Staram się nie trząść nad nim i dawać dużą swobodę.
A jednym okiem zawsze zerkam.
Staram się mówić krótko, zwięźle, żeby zapamiętał.
A czasem niechcący zrobię mu półgodzinny wykład.
Uczę go odpowiedniej diety.
A od dwóch lat bezskutecznie próbuje przekonać do owsianki.
Uczę wypoczynku, choć sama nie jestem dobrym przykładem.
Jedno czego nie robię na pewno, to nie biegam za nim z czapką i szalikiem.
Sam musi wiedzieć, czy mu zimno czy ciepło. I wie.
Poza tym popełniam wiele mamusinych błędów i szybko je koryguję.
Przychodzą jednak takie chwile, kiedy wszystkie moje i nasze (domowników)  argumenty jak kulą w płot.
Robimy wszystko i nie jesteśmy w stanie przemówić mu do rozumu.
Z nieopisaną pomocą przychodzi w takich sytuacjach rehabilitant Dominika – pan Maciej. O nim w kolejnym poście.
Wracając do oka.
To jest zawsze nasza wielka niewiadoma.
W grudniu pojechaliśmy do kliniki na usunięcie zaćmy.
Miało być tak cudownie.
Przecież to taki prosty zabieg.
Zasypiam.
Wyciągają soczewkę.
Wszczepiają nową.
Budzę się.
Nie widzę.
Zdejmują opatrunek.
Widzę!
Proste, prawda?
A w przypadku Dominika WIDZĘ to miał być taki wymarzony świąteczny prezent, bo licho widział a często wcale od kilku lat.
Wróciliśmy do domu z kroplami.
I nadzieją.
Widział!
Niestety, niecałe dwa miesiące.
Wizyta kontrolna pogrążyła wszystkich.
Pani doktor, która go operowała usiadła ciężko.
Nie miała przed sobą nowicjuszki, lecz zaprawioną w bojach i złych wieściach mamę, co łzy na rzęsach przytrzymała.
– Kolejna operacja jest tak skomplikowana, że jeśli nie ma konieczności…lepiej jej nie przeprowadzać.
Tyle pamiętam.
Tonem pełnym współczucia dodała:
– Obiecaliśmy ci, że będziesz widział…niestety nie udało się. Bardzo mi przykro.
Mijały kolejne miesiące.
Pięć razy dziennie zakrapialiśmy oko.
Leki od reumatolog dawkowaliśmy.
Rehabilitację systematycznie prowadziliśmy.
Wiosna odciągnęła nam myśli od choroby egzaminami całorocznymi ze wszystkich przedmiotów, egzaminem gimnazjalnym, egzaminem do bierzmowania.
Małe i duże sukcesy.
Wszystko cieszyło, koiło.
Jednak jak ten kamyk w bucie źgało coś każdego dnia.
Po raz pierwszy na wizytę do okulistów jechałam tak niechętnie.
Ze zdenerwowania jak małe, nieporadne dziecko rozlałam kawę koło szpitalnego automatu.
Niczym echo w mojej głowie ciągle brzmiało: „Przykro mi”.
I po raz pierwszy wyszłam stamtąd w podskokach.
Bo okazało się, że leki od reumatologów plus krople i pewnie jeszcze wiosna oraz pogoda ducha sprawiły, że cień na soczewce zniknął, dno oka jest stabilne, bez nowych cech zapalnych.
Powiedziała do nas na pożegnanie;
– Odpoczywajcie. WIDZIMY się po wakacjach.
Odpoczywamy.
I mam-y nadzieję, że się po wakacjach ZOBACZYMY.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *