28. Kamyk w bucie.

Przychodzi czasem nieproszona chwila.
Trwa dłużej niż powinna.
Uwiera.
Irytuje.
Przemilczeć ją trzeba.
Przeczekać.
Nie szamotać się.

Za nami dni jak odrzutowiec.
Noce nieprzespane.

Bardzo się bałam.
Choroba jest niezwykle podstępna. Często nie daje sygnałów.  Łapiemy pozytywne drobiazgi i cieszymy się kolejnym dniem w dobrej kondycji a tymczasem w organizmie toczy się ogromna walka.
My dobrze, wyniki źle.
Wchodzimy uśmiechnięci do kliniki, samopoczucie rewelacyjne. Nastawienie optymistyczne. Czas przeszły aktywny, rehabilitacyjno – spacerowy.
Wychodzimy bez słowa. Ja przygryzam wargi i w myślach wściekam się niecenzuralnie.
Dominik patrzy na mnie z niecierpliwością:
– Tylko mów prawdę!
– Nigdy nie kłamię. Po prostu nie wiem, czy dobrze rozumiem to, co mi powiedzieli. I nie wiem jak mam ci takie wiadomości przekazywać.
– Normalnie.
Zadzieram głowę wysoko i patrzę na niego zaskoczona.
Sięgam mu zaledwie do ramienia i to jak stanę na palcach.
Mój syn.
Nie muszę już dobierać słów.
Nie muszę już dzielić złych wiadomości na dobre dawki.
Mówienie NORMALNIE jest takie komfortowe.
I tak bardzo mi bliskie.
Normalnie oznajmiam mu, że mamy duży stan zapalny w kolanie.
– Boli cię?
– Boli jak zawsze. Nie czuję różnicy.
– Leki dostaniesz.
– Przecież nie ma leku.
– Nie ma na chorobę. Na objawy dostaniesz.
– To chyba dobrze.
Widzi po minie, że nie do końca. Szybko ubieram myśli w słowa, żeby nie pomyślał, że coś kombinuję.
– Po ostatnich lekach miałeś paskudne skutki uboczne. Pani doktor obawia się jak zareagujesz na te.
Paskudne oznaczało kilka tygodni spędzonych w klinice reumatologii, neurologii i hematologii na uporczywym gmeraniu we krwi aż do skutku.
Skutkiem było odstawienie leków.
– Co jej powiedziałaś?
– Że jestem tylko mamą. Nie znam się. Ona jest lekarzem.
Poczułam ulgę po tych słowach.
Przytuliła mnie i powiedziała:
– Dobrze mamuśka. Musimy działać! Musimy utrzymać oko i kolano. Jest za młody, żeby nie widzieć. Jutro pojedziecie do okulistów. I od razu do mnie z opinią.

Nie chcę myśleć dziś, co przyniesie jutro. Rzucam młodemu na odczepne, że muszę się skupić, bo przebić się przez centrum miasta w godzinach szczytu bez kolizji to wyczyn godny najlepszego kierowcy. A ja nie jestem najlepsza, mam bajzel obaw w głowie i najpewniej się czuję na wiejskich szosach w szarości drzew.

Jadę.

Miasto za nami.

Młody zagaduje.

Ciśnienie mi spada.

Widzę podwójnie.

Mózg strajkuje.

Stop.

              

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *