25. Wielki huk!

Niosło go hen po tafli Prosny.
Od grabowskiej tamy aż do pięknego zakątka za Dębiczem.
Panowie wędkujący w wiosenny poranek potwierdzą.
Pod powierzchnią wody było cicho, cieniście.
Słyszałam swoje wnętrze. Pękające serce i donośny wewnętrzny głos:
– W górę!
Nie chciałam.
Chciałam się zapaść lub zamienić.
I pewna byłam, że mam prawo wyboru.
Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę!
Mnie w pakiecie panoramiczne spojrzenie i cięty język.
Targowałam się z Nim wypuszczając resztki tlenu.
– Nie bój się, robaczku, nieboraku… – powiedział.
I wiedział.
Tylko czas jak nasza rzeka upłynąć musiał.
Najprostsze myśli najlepiej ratują, gdy rozum stawia się kantem.
Dziś wiem, że to bezradność się nazywa.
I możemy się w niej ugotować jak włoszczyzna w rosole.
Mdła, wyjałowiona stać się może nasza egzystencja.

Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam wszystko od nowa.
Usiadła obok mnie wspaniała kobieta, reumatolog.
Cicho, cierpliwie tłumaczyła.
Ocierała mi łzy i mówiła, że nie mogę się zamienić.
Mogę a nawet muszę dać o wiele więcej.
Dać siłę.
A siła doskonali się w codziennym, żmudnym zmaganiu z własnymi słabościami.
– Nie pozwól, by choroba zdominowała twoje myśli, bo zniszczy wasze życie.
Pokaż mu, ile jest ważnych, ważniejszych spraw w waszym życiu oprócz choroby. Musisz skupić się na życiu. Na drobiazgach codzienności – mówiła stanowczo.
Miałam wtedy jedyną, niepowtarzalną okazję wyzłościć się przed nią, wypłakać i wyżalić. Słuchałam jej równie uważnie jak ona mnie.
I małymi kroczkami zaczęliśmy podróż w nieznane.
Choroba robiła swoje, a my swoje.
Równym krokiem.
Kiedyś złościł się, że nie może trenować.
Prosił, bym ubłagała panią doktor, żeby anulowała zwolnienie lekarskie.
A ona powiedziała czule:
– Dominiczku, bądź cierpliwy. Na pewno jeszcze pokażesz, na co Cię stać. Teraz musimy przeczekać najgorsze.
A do mnie:
– Mamusia zaufaj intuicji. Nie trzęś się nad nim zbytnio. Wszystko w granicach rozsądku. Boli – robicie przerwę i ćwiczycie według zaleceń. Ból mija, niech sobie pokopie piłkę pod domem. Niech pojeździ na rowerze. Bez szaleństw. 10 minut dziennie nie zaszkodzi.
Jak to irytowało.
Jeszcze kilka miesięcy temu grał dzielnie mecze z dorosłymi zawodnikami w Kraszewicach, na Dębiczu…
10 minut.
Największa nasza życiowa lekcja pokory.
Skłonić się przed nieznanym, przed niewiadomą.
Odczekać.
I nie zgubić nadziei.
Warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *