26. Dziewczyna z tęczą w oczach

To nie podium.
Dla nas wszyscy jesteście pierwsi.
Najlepsi.
Bliscy.
Dwa lata idziemy drogą w nieznane.
Trudna to wędrówka.
Niepewność często podkłada nam nogę.
A Wy pojawiacie się niespodziewanie.
W najtrudniejszych momentach.
I zdarzają się cuda, o których chce się głośno krzyczeć, chce się śpiewać i skakać z radości.
A zawrzeć je muszę w kilku skromnych słowach.
W mamusinych, nieporadnych bazgrołkach.
Dziś opowiem o dziewczynie z tęczą w oczach.
Tylko pamiętajcie:
To nie podium.
To drabina Jakubowa.

Dziewczyna z tęczą w oczach
Popatrzyłam na nią zdziwiona.
Bo jak można mieć 15 lat i tyle wiedzieć o cierpieniu.
Już wcześniej, gdy rozmawiałyśmy przez telefon, wiedziałam, że jest niezwykła.
Pamiętała czasy, gdy Dominik był małym smykiem i dreptał za starszą siostrą po szkolnych korytarzach. Śliczny jak aniołek i taki grzeczniutki.
Powiedziała, że to był niesamowity obrazek.
Na mojej ścianie pamięci wisiał podobny.
Z troską w każdym słowie mówiła:
–  Czy jakakolwiek operacja jest możliwa? Czy leczy się to za granicą?
Niestety.
– Ale COŚ można zrobić? JAKOŚ można mu pomóc? – pytała pasjonatka fotografii i działaczka w klubie sportowym.
Wymyśliła akcję charytatywną podczas Mistrzostw Powiatu Ostrzeszowskiego w Tenisie Stołowym.
I przy pomocy przyjaciół dwukrotnie ją zorganizowała.
W całym tym pozytywnym zamieszaniu nie to jednak jest dla nas najważniejsze.
Dzięki niej oderwaliśmy się na moment od drobiazgów codzienności.
Wyszliśmy z czterech ścian zmartwienia.
Po raz pierwszy na żywo zobaczyliśmy rozgrywki.
I zbuntowany młodzieniec również.
Obrażony jeszcze wtedy na cały świat nie spodziewał się, że przyjdzie czas i on będzie grał.
Z zapałem i sukcesami.
Pokona ból i własne słabości.
Mówiła, że ten sport wciąga.
Miałaś rację, Tęczo nasza.
Cudny ten wir, który pchnął go w górę.
I dał nadzieję.
Nie wszystko stracone.

W stronę słońca

Mogliśmy schować twarze w dłoniach.
I tak zastygnąć.
Ten, kto mierzy się w swoim życiu z nieuchronnością losu, z dobrem i złem jednocześnie, wie, o czym mówię.
Mogliśmy pobudować barykady rezygnacji i bierności.
Każdy swoją.
Przeciw sobie samym i przeciw sobie nawzajem.
Pretensji, żalu, łez jeszcze niewypłakanych było pod dostatkiem.
Słów zduszonych i przekleństw przez zaciśnięte wargi sporo.
Pytań bez odpowiedzi jeszcze więcej.
Chwila nieuwagi i toniemy.
To nie my.
My naprawdę uważnie rozejrzeliśmy się dookoła.
I zauważyliśmy je.
Świetliste punkty na nieboskłonie.
I takie same w ludzkich oczach.
Iskry nadziei.
Niezwykle subtelne.
Od dziś to o nich będę opowiadać.

25. Wielki huk!

Niosło go hen po tafli Prosny.
Od grabowskiej tamy aż do pięknego zakątka za Dębiczem.
Panowie wędkujący w wiosenny poranek potwierdzą.
Pod powierzchnią wody było cicho, cieniście.
Słyszałam swoje wnętrze. Pękające serce i donośny wewnętrzny głos:
– W górę!
Nie chciałam.
Chciałam się zapaść lub zamienić.
I pewna byłam, że mam prawo wyboru.
Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę!
Mnie w pakiecie panoramiczne spojrzenie i cięty język.
Targowałam się z Nim wypuszczając resztki tlenu.
– Nie bój się, robaczku, nieboraku… – powiedział.
I wiedział.
Tylko czas jak nasza rzeka upłynąć musiał.
Najprostsze myśli najlepiej ratują, gdy rozum stawia się kantem.
Dziś wiem, że to bezradność się nazywa.
I możemy się w niej ugotować jak włoszczyzna w rosole.
Mdła, wyjałowiona stać się może nasza egzystencja.

Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam wszystko od nowa.
Usiadła obok mnie wspaniała kobieta, reumatolog.
Cicho, cierpliwie tłumaczyła.
Ocierała mi łzy i mówiła, że nie mogę się zamienić.
Mogę a nawet muszę dać o wiele więcej.
Dać siłę.
A siła doskonali się w codziennym, żmudnym zmaganiu z własnymi słabościami.
– Nie pozwól, by choroba zdominowała twoje myśli, bo zniszczy wasze życie.
Pokaż mu, ile jest ważnych, ważniejszych spraw w waszym życiu oprócz choroby. Musisz skupić się na życiu. Na drobiazgach codzienności – mówiła stanowczo.
Miałam wtedy jedyną, niepowtarzalną okazję wyzłościć się przed nią, wypłakać i wyżalić. Słuchałam jej równie uważnie jak ona mnie.
I małymi kroczkami zaczęliśmy podróż w nieznane.
Choroba robiła swoje, a my swoje.
Równym krokiem.
Kiedyś złościł się, że nie może trenować.
Prosił, bym ubłagała panią doktor, żeby anulowała zwolnienie lekarskie.
A ona powiedziała czule:
– Dominiczku, bądź cierpliwy. Na pewno jeszcze pokażesz, na co Cię stać. Teraz musimy przeczekać najgorsze.
A do mnie:
– Mamusia zaufaj intuicji. Nie trzęś się nad nim zbytnio. Wszystko w granicach rozsądku. Boli – robicie przerwę i ćwiczycie według zaleceń. Ból mija, niech sobie pokopie piłkę pod domem. Niech pojeździ na rowerze. Bez szaleństw. 10 minut dziennie nie zaszkodzi.
Jak to irytowało.
Jeszcze kilka miesięcy temu grał dzielnie mecze z dorosłymi zawodnikami w Kraszewicach, na Dębiczu…
10 minut.
Największa nasza życiowa lekcja pokory.
Skłonić się przed nieznanym, przed niewiadomą.
Odczekać.
I nie zgubić nadziei.
Warto.