23. Znachorka

Odkąd urodziła się moja najstarsza córka, zdrowa jak ryba, słyszałam, że mamy, które nie miały tyle szczęścia, co ja jeździły na tzw. Pólka.
Stała tam mała chatka.
W chatce JAKAŚ pani z Wrocławia, której nazwisko niewielu potrafiło powtórzyć, dokonywała cudów uzdrowienia.
Dzieci, którym najlepsi lekarze z naszych okolic nijak nie mogli pomóc, po kuracji u niej odzyskiwały siły.
Nigdy nie myślałam o niej poważnie.
Przetestowałam na sobie szalonego Tombaka, zacną Korżawską, uczoną św. Hildegardę.
Wierzyłam w delikatną moc ziół i metod naturalnych.
Cierpliwie zgłębiałam wiedzę, poznałam moc niepozornych chwastów jak pokrzywa czy macierzanka.
Kropla po kropli zbierałam sok z młodej brzozy.
Nabyłam dziwny olej lniany.
Wszystko, co pojawiło się w naszym domu, czy to część księgozbioru, czy słoik z propolisem, wynikało z mojego głębokiego przekonania, że jest potrzebne.
Oczyściłam dom. Wyrzuciłam wszystkie trucizny.
Zaczęłam od kuchni.
To było ciekawe odkrycie – większość artykułów spożywczych zawiera glutaminian sodu, mnóstwo E – składników, syrop glukozowo – fruktozowy i całą listę alergenów dla serca i rozumu.
Idąc po zakupy rezerwowałam dodatkowe trzydzieści minut na czytanie składu produktów.
Wtedy w naszych lokalnych marketach byłam ewenementem.
Dziś z życzliwym uśmiechem mijam świadome, czytające drobny druczek mamy. Panowie są w mniejszości, ale wszystko przed nimi.
Łazienka/pralnia to osobny temat.
Panie domu, które znam wolą sztuczne komponenty zapachowe mimo uciążliwej migreny, alergii skórnych i ogólnoustrojowych.
Nie zmienię świata, nie zmienię…
I to jest ten moment, w którym uczciwie przyznać się muszę, że dzięki powyższemu oraz dzięki cierpliwości w poszukiwaniach wyleczyłam sama siebie z dwuletniej, ciężkiej choroby, której nie mogli zdiagnozować lekarze.
Było ich mnóstwo.
Otwierali szeroko oczy i mówili, że nigdy się z czymś takim nie spotkali.
Z całym szacunkiem dla ich ogromnej wiedzy – odpowiedź była bardzo prosta.
A ja nie miałam czasu na chorowanie.
Ścigałam się z nim dla Dominika.
Zmiany, które wprowadziłam z myślą o swoim zdrowiu dotyczyły całego domu.
Odbiły się na całej rodzinie.
Oczywiście pozytywnie.
Goście może niezbyt są zadowoleni, bo moje dania są proste i nie mają smaku vegety.
Jednak zdrowie najważniejsze.

Wiedziałam tak wiele.
Wróciłam do sił.
Nie potrzebna nam była jakaś znachorka, która zedrze grube pieniądze i zapisze Dominikowi mieszankę ziół.

Aż pewnego dnia…
Z dalekiej Irlandii na burzowej chmurze przyleciała moja szalona, elegancka kuzynka (niemal jak siostra, bo wnuczka kochanej babci Jadzi).
Zachwyca się moim odzyskanym zdrowiem, zajada szarlotkę i z troską dopytuje o Dominika.
Niczym proroctwo z jej ust pada nagle:
– A może powinniście zmienić klinikę?
Cierpliwie tłumaczę, że klinika to nie przychodnia rodzinna. Tam pracują najlepsi specjaliści i nie ma sensu zmieniać Poznania na Warszawę.
Wychodząc nadmienia jeszcze, że jedzie z córką na Pólka bo ciągle męczy ją kaszel.
Zamarzyłam cicho, żeby Dominika też męczył tylko kaszel.
Byłam wyczerpana.
Miałam dość poszukiwania jednostki chorobowej po omacku.
W moich myślach zaczęła zapadać noc.