19. Klątwa

Ciasne mieszkanko w bloku, trzysta metrów dalej towarowa bana*, nawiedzony sąsiad piętro niżej, co półnagi odprawiał egzorcyzmy na placu zabaw, KWK Pokój na horyzoncie i  niebo we wszystkich odcieniach szarości.
Był rok 1989 gdy z zadymionego Śląska przeprowadziliśmy się w malownicze tereny Wielkopolski. Przecudna zieleń, za oknami pola i las. Mnóstwo przestrzeni. I powietrze, którym można było głęboko oddychać.
Nasz dom był piąty na nowym osiedlu w okolicach niewielkiego miasteczka.
W ciągu dziesięciu lat zapełniły się cztery długie ulice. Sąsiad obok sąsiada. Niby wszyscy się znaliśmy, ale nie praktykowano tu śląskiego zwyczaju:
-Sąsiadko, a szklanka cukru moga?
-Ja, dziołszka, pódź ino sam.
Uliczki ozdabiano tabliczkami: „Uwaga! Zły pies!”mimo, że nic nigdy nikomu nie zginęło.
Piękne domy, zadbane ogrody, trawniki, po których nikt nigdy boso nie biegał.
Gdybym wiedziała….gdybyśmy wiedzieli…
Myślę, że gdyby ktokolwiek z nas wiedział, spakowalibyśmy podręczne torby i ucieklibyśmy gdzie pieprz rośnie.
Wszędzie byłoby lepiej niż tutaj.
Bo oto nagle zaczęli w tragicznych okolicznościach ginąć mężczyźni. Młodzi. Jeden za drugim.
Naliczyłam ich…trzynastu.
Kobiety również, choć znacznie mniej.
I dziecko, co rozdarło nam wszystkim serca.
Nikt jeszcze o tym nie pisał.
Ja ważę słowa. Zbyt świeże to rany.
Czas ich wcale nie leczy, bo mijamy każdego dnia dzieci, półsieroty,
a w ich oczach ciągle widać nieopisany ból i tęsknotę.
To nie było fair.
Oni wiedzieli.
Powinni zaorać i zostawić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *